Ksiądz Jędrzej Kitowicz pisał – „zakon ten jeden jest między wszystkimi zakonami, którego fundatorem jest Polak”. Wcześniej, bo już w 1677 roku, na mocy konstytucji sejmu walnego warszawskiego, założone przez o. Papczyńskiego zgromadzenie zostało przyjęte pod wieczystą protekcję króla i Rzeczypospolitej.

Ksiądz Jędrzej Kitowicz pisał – „zakon ten jeden jest między wszystkimi zakonami, którego fundatorem jest Polak”. Wcześniej, bo już w 1677 roku, na mocy konstytucji sejmu walnego warszawskiego, założone przez o. Papczyńskiego zgromadzenie zostało przyjęte pod wieczystą protekcję króla i Rzeczypospolitej. (fot.Anna Wójcik-Brzezińska)

Pomnik króla stoi trochę na przekór skali miejsca. Niewysoki, jakby w półkroku, Jan III Sobieski patrzy w stronę drewnianego kościółka i kamienia z wyrytą opowieścią. Obok – lipka. Niby zwykłe drzewo, a jednak z ambicją symbolu, który ma dźwignąć na gałęziach coś większego: pamięć o odpoczynku monarchy w drodze pod Wiedeń i o człowieku, którego nazywano jego zaufanym spowiednikiem.

Jest mroźne, niedzielne popołudnie. Puszcza Mariańska. Po niewielkim wnętrzu kościółka, a potem po izbie pamięci, oprowadzają nas dwaj przewodnicy: pan Wiesław Gaweł i brat Marcin. Jeden mówi jak regionalista, co umie zauważyć ślad buta w błocie historii. Drugi – jak ktoś, dla kogo to nie jest „temat”, tylko rodzina i zobowiązanie.

I jest jeszcze to słowo, które potrafi zrobić bałagan: „mariawici”. W potocznych rozmowach czasem się pojawia, czasem przez pomyłkę. A przecież tu jest mowa o marianach – zakonie, wspólnocie, regule; nie o ruchu mariawickim z przełomu XIX i XX wieku. Brzmi podobnie, ale prowadzi w inną stronę. A zakon, nawet jeśli nie jest wojskiem, ma swoją dyscyplinę, marsz i codzienny dryl – tylko że zamiast musztry są modlitwa, praca, posłuszeństwo i pamięć.

Kamień, który „domaga się” lipy

Pan Wiesław zaczyna od roweru. Od tamtej wyprawy z małym synem, kiedy dopiero co osiadł w tej miejscowości. Traf chciał, że dojechali pod kamień, na którym „o tamtych wydarzeniach kilka słów napisano”. I wtedy zrodziła się myśl -- skoro jest kamień, to powinna być i lipa.

Ksiądz proboszcz – opowiada Wiesław – był rozbawiony. Podobno już inni próbowali podobnych projektów, a i pora była nieodpowiednia. Upał, lato, drzew się nie przesadza, lecz w mężczyźnie, który „o drzewach wtedy nie wiedział wiele”, był upór. I coś jeszcze: przekonanie, że król – skoro ma w Puszczy pomnik i kamień – powinien mieć także cień.

„Wstydliwą” część tej historii opowiada półgłosem: wykopali dziką lipkę i wsadzili ją tu, gdzie – wedle przekazów – monarcha odpoczywał. Drzewo szybko zrzuciło liście, jakby chciało udowodnić, że rację miał kapłan, ale Wiesław nie odpuścił. Wciągnął w tę drobną, a upartą restaurację pamięci zakonników: marianie nosili wodę konsekwentnie, wytrwale, codziennie. Drzewko się odwdzięczyło. Zapuściło korzenie piętnaście lat temu – i rośnie razem z synem pana Wiesława. „Jak szedł do komunii, ma zdjęcie pod lipką. Gdy będzie się żenił, poproszę, by z wybranką stanęli pod tym drzewem” – mówi.

Izba pamięci i spór o twarz króla

Za ołtarzem w kościółku, jak w teatralnym zapleczu, kryje się izba z pamiątkami. Są habity: biały do modlitwy, szary do pracy. Są płótna z obliczem założyciela: surowym, poważnym, budzącym zaufanie. Brat Marcin opowiada, że święty podobno nie miał wielkiego entuzjazmu dla portretowania – przekonał go argument praktyczny: potomni będą pamiętać, jak wyglądał, nie będą musieli wymyślać.

Jest też obraz pośmiertny Sobieskiego, wymalowany na desce. I tu właśnie zaczyna się piękny spór: pan Wiesław – regionalista i wielki miłośnik historii – ma swoje przekonanie; brat Marcin swoje. Czy to królewskie oblicze, czy nie? W sporze nie chodzi tylko o identyfikację. Chodzi o to, co robi z nami pamięć: czy jest rekonstrukcją, czy raczej opowieścią, która chce ocalić sens, nawet jeśli detale bywają chwiejne.

W tej izbie czuje się też coś jeszcze: że zakon jest instytucją długiego trwania. Habit nie jest kostiumem, a ciągłość – jak wiadomo – czasem ocala drobiazg, czasem pieczęć, czasem dokument.

 „Zakon narodowy”

Tu warto zrobić krok wstecz. Ksiądz Jędrzej Kitowicz pisał: „zakon ten jeden jest między wszystkimi zakonami, którego fundatorem jest Polak”. Marianie byli postrzegani jako „zakon narodowy” – w sensie odpowiedzialności za wspólnotę polityczną i społeczną.

Jeszcze wcześniej, bo w 1677 roku, sejm walny przyjął zgromadzenie założone przez Stanisław Papczyński pod wieczystą protekcję króla i Rzeczypospolitej. W XVII wieku takie gesty nie były ornamentem. Były gwarancją, że nowe dzieło – wrażliwe, ubogie, narażone – ma polityczną osłonę.

Sam Papczyński chciał utworzyć pierwszą w przedrozbiorowej Rzeczypospolitej męską rodzinę zakonną „pod polskim niebem”. Pierwszy klasztor powstał w 1673 roku w Puszczy Korabiewskiej (dzisiejszej Mariańskiej). Zatwierdzenie na prawie diecezjalnym nastąpiło w 1679 roku, a dwadzieścia lat później papież Innocent XII zaakceptował marianów jako zakon kleru regularnego o ślubach uroczystych.

To są daty, które porządkują opowieść jak belki w drewnianej konstrukcji pusczańskiego kościoła.

Sobieski, Papczyński i ostrożność wobec legendy

Związek Papczyńskiego z Sobieskim bywa opowiadany jak gotowa legenda: spowiednik króla, przyjaciel, powiernik, człowiek, który „pomagał zwyciężać” modlitwą. I coś w tym jest – bo świadectwa wskazują, że kontakty istniały, choć ich intensywności i charakteru nie da się z absolutną pewnością odtworzyć. Trzeba tu zachować cnotę ostrożności, o której przypominają historycy: część relacji spisywano wiele lat po śmierci świętego, na podstawie przekazów ustnych, nie zawsze potwierdzonych gdzie indziej.

A jednak – i to jest ważne – sama bliskość obu światów (dworu i eremu) wydaje się czymś więcej niż literackim zabiegiem. Zachowały się udokumentowane dowody życzliwości króla wobec zgromadzenia, jak sejmowa uchwała z 1677 roku i królewski przywilej z 1679, potwierdzający opiekę oraz określający granice Pustelni Korabiewskiej.

 „Prawdziwych mężów nam potrzeba”

Kiedy brat Marcin cytuje słowa założyciela, brzmią one zaskakująco współcześnie – ostro, bez pobłażania. Papczyński pisał o obywatelskości i o tym, że człowiek „nie jest obywatelem państwa, kto żyje tylko dla siebie”. A potem pojawia się fraza, która w Puszczy wybrzmiewa jak motto pod lipą: potrzeba ludzi „silnych, odważnych”, gotowych do wysiłku, do narad, do odpowiedzialności.

W kościółku, gdzie drewno pamięta więcej niż nasze kalendarze, te słowa nie są „historycznym cytatem”. Są pytaniem, które wisi w powietrzu: co dziś znaczy być „prawdziwym mężem” – i czy w ogóle umiemy mówić o cnotach wspólnotowych bez popadania w patos? Puszcza Mariańska nie daje łatwej odpowiedzi. Daje obraz zakonników noszących wodę dla lipki. I człowieka, który potrafi marzyć, że syn stanie pod drzewem z wybranką, jakby historia mogła być tłem dla życia, nie jego ciężarem.

Zakon, który prawie złożono do trumny

W reportażu o Puszczy nie da się pominąć dramatycznego łuku dziejów marianów: od skromnych początków, przez hamowanie rozwoju w XVIII wieku, po XIX-wieczne kasaty i niemal całkowite wymarcie. W 1908 roku ostatnim żyjącym marianinem był przełożony generalny o. Wincenty Sękowski – wedle przekazów miał powiedzieć: „Gdy umrę, przygotujcie dwie trumny. Dla mnie i dla zakonu”.

I wtedy pojawia się człowiek, który w historii zakonów bywa jak chirurg ratujący puls. Bł. Jerzy Matulewicz w 1909 roku podjął dzieło odnowy i reformy zgromadzenia. Zewnętrznym znakiem zmian było przejście od białego habitu do czarnej sutanny kleru diecezjalnego – między innymi po to, by nie rzucać się w oczy zaborcom.

Lipa jako metoda

Kiedy wychodzi się spod kościółka, człowiek rozumie, że w Puszczy Mariańskiej nie chodzi tylko o Sobieskiego, nie tylko o świętego, nie tylko o muzealne gabloty. Chodzi o sposób, w jaki miejsce opowiada samo siebie.

Ta historia ma współczesnego bohatera, który przyznaje się do „wstydliwego” wykopania dzikiej lipki. Ma zakonników, którzy noszą wodę. Ma spór o królewską twarz na desce. Ma źródła, które każą być ostrożnym. I ma coś, czego nie da się zacytować: atmosferę miejsca, w którym wielka historia wchodzi do codzienności przez furtkę obok zakrystii. Ta historia to zaproszenie do Puszczy Mariańskiej.

Anna Wójcik-Brzezińska

Anna Wójcik-Brzezińska

napisz maila ‹
ostatnie aktualności ‹

Jak oceniasz ten artykuł?

Głosów: 2

  • 1
    BARDZO PRZYDATNY
    BARDZO PRZYDATNY
  • 1
    ZASKAKUJĄCY
    ZASKAKUJĄCY
  • 0
    PRZYDATNY
    PRZYDATNY
  • 0
    OBOJĘTNY
    OBOJĘTNY
  • 0
    NIEPRZYDATNY
    NIEPRZYDATNY
  • 0
    WKURZAJĄCY
    WKURZAJĄCY
  • 0
    BRAK SŁÓW
    BRAK SŁÓW

0Komentarze

dodaj komentarze

Portal eglos.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wpisu. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.

Treść niezgodna z regulaminem została usunięta. System wykrył link w treści i komentarz zostanie dodany po weryfikacji.
Aby dodać komentarz musisz podać wynik
    Nie ma jeszcze komentarzy...
tel. 603 755 223 lub napisz kontakt@glossk.pl

KUP eGŁOS

historia

SYNOD BISKUPA OSIALA. Czy Kościół łowicki...

Czy Kościół łowicki uniesie ciężar własnej...

Czy znasz Skierniewice? Trzy proste, ale podstępne...

Wojsko wraca. Ale nie tam, gdzie czekano....

Rondo imienia ks. płk. Edwarda Chomy....

Uchwała bez echa? Skierniewicki samorząd...

eOGŁOSZENIA

Już teraz możesz dodać ogłoszenie w cenie tylko 5,00 zł za tydzień - POZNAJ NOWE OGŁOSZENIA